6620452741_b629e0b891_b

Gorący amerykański kartofel

Inwestując w amerykańskie akcje możemy zarobić co najwyżej 2% rocznie z tytułu wypłacanych dywidend oraz nerwowo śledzić notowania giełdowe licząc, że zdołamy ugrać coś jeszcze na wzroście ich cen. Możemy też kupić 30-letnie obligacje skarbowe Stanów Zjednoczonych i przy niemal zerowym ryzyku zarabiać na rok pewne 3%.

Tak drogo na amerykańskiej giełdzie nie było od szczytu kryzysu finansowego w 2009 roku. Jak podaje serwis Multpl wartość wskaźnika cena do zysku (C/Z) dla indeksu S&P 500 wynosi obecnie (stan na 7 stycznień 2017 roku) 26,75, co implikuje średnią oczekiwaną stopę zwrotu z inwestycji w akcje wchodzące w jego skład na poziomie zaledwie 3,73%. Tymczasem rentowność 30-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych już od dłuższego czasu utrzymuje się w okolicach 3,00% rocznie. 

Odwrócony wskaźnik P/E dla indeksu S&P 500 w porównaniu do rentowności 30-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych

w1Po raz pierwszy w obecnej dekadzie jest też tak, że premia związana z inwestowaniem na amerykańskim rynku akcji (dla uproszczenia za taki przyjmuję po prostu indeks S&P 500) w stosunku do instrumentu wolnego od ryzyka, jakim są obligacje rządu USA wynosi poniżej 1%. Tymczasem długoterminowa, liczona dla lat 2010 – 2016 średnia wynosi ponad 2,3% przy maksimum na poziomie 4,50% zaobserwowanym pod koniec 2011 roku. Dla porównania podam, że premia rynkowa premia dla polskiej giełdy (indeks WIG) w ostatnich latach plasowała się na poziomie między 4% a 5%.

w2
Tak niewielka różnica na korzyść akcji wynika w dużej mierze z wiary inwestorów w stymulujacy dla gospodarki wpływ reformy podatkowej wprowadzonej niedawno przez gabinet Donalda Trumpa. Przypomnę – reforma która weszła w życie od stycznia 2018 roku niemal dwukrotnie (z 35 proc. do 20 proc.) obniża stopę podatkową płaconą przez amerykańskie korporacje. Ale nawet i bez niej największa gospodarka świata zdaje się być w całkiem niezłej kondycji. Stopa bezrobocia jest najniższa od 2008 roku, PKB rośnie w tempie 2-3% rocznie, a wskaźniki wyprzedzające koniunktury (ISM) dobijają do 60 pkt. Systematycznie rosną także zyski przedsiębiorstw . Czy jednak wymienione czynniki stanowią pełne uzasadnienie tego, dlaczego inwestorzy godzą się płacić za akcje tak wygórowane ceny? Moim zdaniem niekoniecznie.

w3
Rozpatrując dochodowość inwestycji w akcje należy bowiem wziąć pod uwagę fakt, że zysk osiągnięty przez dane przedsiębiorstwo nie jest tożsamy z tym, ile finalnie trafi na konta jego akcjonariuszy. Duża część z wypracowanych profitów zostaje bowiem zatrzymana w kasie spółki m.in. w celu poprawy płynności czy do sfinansowania inwestycji. Tym na co mogą liczyć udziałowcy jest jedynie dywidenda (plus ewentualne zyski ze wzrostu cen posiadanych akcji). Stopa dywidendy (ang. dividend yield) w przypadku indeksu S&P 500 już od 2010 roku jest niemalże przyklejona do poziomu 2% rocznie i tylko taki jest realny zarobek akcjonariuszy z tytułu posiadania akcji danej spółki (ten zysk pomniejsza jeszcze o podatek od zysków kapitałowych).

I tu dochodzimy do sedna –  wskaźnik pokazujący stosunek wypłacanej dywidendy do osiaganych zysków (ang. dividend payout ratio) przekroczył w ostatnim czasie 50%, co jest najwyższym poziomem w obecnej dekadzie. Dla porównania – w 2011 roku wskaźnik ten wynosił niespełna 30%. Co to oznacza w praktyce? A no nie mniej ni więcej tyle, że z pieniędzy zarabianych przez amerykańskie przedsiębiorstwa coraz mniej trafia na inwestycje (względnie programy wykupu własnych akcji), a coraz więcej do kieszeni akcjonariuszy. Zamiast mieć za co się rozwijać, tamtejsze spółki są z tych pieniędzy po prostu drenowane.

w4

A co myślę o aktualnie rekordowych cenach na nowojorskim parkiecie (w chwili pisania tych słów indeks S&P 500 przebił 2750 pkt)? Na daną chwilę nie widzę żadnej fundamentalnej przestrzeni do dalszych wzrostów cen akcji, a według mnie bazowy scenariusz na najbliższe miesiące to kres trwającego już od ponad 9 lat marszu amerykańskich indeksów na północ. Jako inwestor trzymam się z daleka od spółek notowanych na nowojorskiej giełdzie. Kuszą mnie natomiast amerykańskie „skarbówki”.

About admin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.