6620452741_b629e0b891_b

Gorący amerykański kartofel

Inwestując w amerykańskie akcje możemy zarobić co najwyżej 2% rocznie z tytułu wypłacanych dywidend oraz nerwowo śledzić notowania giełdowe licząc, że zdołamy ugrać coś jeszcze na wzroście ich cen. Możemy też kupić 30-letnie obligacje skarbowe Stanów Zjednoczonych i przy niemal zerowym ryzyku zarabiać przeszło 3% na rok.

Tak drogo na amerykańskiej giełdzie nie było od szczytu kryzysu finansowego w 2009 roku. Jak podaje dziennik The Wall Strett Journal aktualna (stan na 30 grudnia 2016 roku) wartość wskaźnika cena do zysku (C/Z) dla indeksu S&P 500 wynosi 24,82, co implikuje średnią oczekiwaną stopę zwrotu z inwestycji w akcje wchodzące w jego skład na poziomie zaledwie 4,02%. Tymczasem powyborczy rajd na rynku długu wspierany przez grudniową podwyżkę stóp procentowych przez FED (oraz zapowiedzi przynajmniej dwóch kolejnych podwyżek w obecnym roku) sprawił, że rentowność 30-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych dotarła na koniec 2016 roku do pułapu 3,15%.

1

Po raz pierwszy w obecnej dekadzie jest też tak, że premia związana z inwestowaniem na amerykańskim rynku akcji (rozumianym jako indeks S&P 500) w stosunku do instrumentu wolnego od ryzyka jakim są obligacje rządu USA spadła poniżej 1%. Tymczasem długoterminowa, liczona dla lat 2010 – 2016 średnia wynosi ponad 2,3% przy maksimum na poziomie 4,50% zaobserwowanym pod koniec 2011 roku. Dla porównania podam, że premia rynkowa premia dla polskiej giełdy (indeks WIG) w ostatnich latach plasowała się na poziomie między 4% a 5%.

2

Tak niewielka na korzyść akcji różnica wynika w dużej mierze z wiary w zbawienny dla gospodarki efekt zapowiedzi Donalda Trumpa. Prezydent-elekt otwarcie deklaruje powrót do elementów tzw. ekonomii podażowej, podejścia szczególnie popularnego za czasów kadencji Ronalda Regana. Jest to nurt zakładający, że podstawa do wzrostu gospodarczego jest przede wszystkim wspieranie produkcji. Inaczej mówiąc – jeśli Trump spełni swe obietnice amerykańskich przedsiębiorców czekają niższe podatki oraz więcej możliwości robienia interesów z rządem (dzięki zwiększeniu skali wydatków publicznych). Nawet i bez tego największa gospodarka świata zdaje się być w całkiem niezłej kondycji. Stopa bezrobocia jest najniższa od 2008 roku, PKB rośnie w tempie 2-3% rocznie, a wskaźniki wyprzedzające dla koniunktury (ISM) są znacznie powyżej 50 pkt. Systematycznie rosną także zyski przedsiębiorstw. Czy jednak wymienione czynniki stanowią pełne uzasadnienie tego, dlaczego inwestorzy godzą się płacić za akcje tak wygórowane ceny? Moim zdaniem niekoniecznie.

3

Rozpatrując dochodowość inwestycji w akcje należy jednocześnie wziąć pod uwagę, że zysk osiągnięty przez dane przedsiębiorstwo nie jest tożsamy z tym, ile finalnie trafi na konta jego akcjonariuszy. Duża część z wypracowanych profitów zostaje bowiem zatrzymana w kasie spółki m.in. w celu poprawy płynności czy do sfinansowania inwestycji. Tym na co mogą liczyć udziałowcy jest jedynie dywidenda (plus ewentualne zyski ze wzrostu cen posiadanych akcji). Stopa dywidendy (ang. dividend yield) w przypadku indeksu S&P 500 już od 2010 roku jest niemalże przyklejona do poziomu 2% rocznie i tylko taki jest realny zarobek (pomniejszony jeszcze o podatek od zysków kapitałowych) akcjonariuszy z tytułu posiadania akcji danej spółki.

Co ważne przy jednoczesnym spadku wskaźnika Z/C (lub jak kto woli wzroście C/Z) do rekordowo niskiego w tej dekadzie poziomu, utrzymanie stopy dywidendy na dotychczasowym poziomie oznacza nic innego jak wzrost wartości wskaźnika wypłaty dywidendy (ang. dividend payout ratio) także do najwyższych od 2010 roku wartości. Mówią prościej – z pieniędzy zarabianych przez amerykańskie przedsiębiorstwa coraz mniej trafia na inwestycje (względnie programy wykupu własnych akcji), a coraz więcej do kieszeni akcjonariuszy. Zamiast mieć za co się rozwijać, spółki są z tych pieniędzy drenowane.

Podsumowując na daną chwilę nie widzę żadnej fundamentalnej przestrzeni do dalszych wzrostów cen akcji, a według mnie bazowy scenariusz na najbliższe miesiące to kres trwającego już od ponad 8 lat marszu amerykańskich indeksów na północ. Jako inwestor trzymam się z daleka od spółek notowanych na nowojorskiej giełdzie. Kuszą mnie natomiast amerykańskie „skarbówki”.

About admin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.