Spuścizna po PRL-u

Opinie na temat komunizmu są różne. Część osób zachwala ówczesny system. Większość jest raczej przeciwna. Jest jednak jedna rzecz, której w PRL zepsuć się nie dało. Były to zasoby mieszkaniowe. Szczególnie w „epoce Gierka” budowano szybko i dużo. W momencie zmiany ustroju mieliśmy w kraju już prawie 11 mln lokali mieszkalnych. Nowy system szybko urynkowił ich wartość. Dziś szacowana jest nawet na 3 bln złotych.

W 1952 roku, czyli w momencie powołania do życia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (PRL) w Polsce mieliśmy zaledwie ok. 6 mln mieszkań (z czego ponad połowa na wsi). Potrzeby były dużo większe. Powojenny deficyt był jednak systematycznie odbudowywany. W 1970 w kraju dostępne było już 8,1 mln lokali. W „epoce Gierka” i tuż przed obaleniem komunizmu przyrost był jeszcze szybszy. W sumie PRL pożegnaliśmy z zasobami wynoszącymi blisko 11 mln mieszkań. Zmieniła się także struktura ich lokalizacji – ponad 65 proc. obiektów znajdowało się w miastach. Nigdy później nie budowano już tak dużo mieszkań. Dziś na rynek trafia średnio ok. 140 tys. lokali rocznie. Za najlepszych lat PRL-u ponad 2 razy tyle.

Zupełnie inaczej wyglądała także kwestia dostępu do posiadanych zasobów. Dziś „wystarczy” mieć kilkaset tysięcy złotych lub wziąć 30-letni kredyt i już można mieszkać. Wówczas droga do własnego „M” wiodła głównie przez spółdzielnie mieszkaniowe. Należało do takiej przystąpić, wpłacić zaliczkę (z opowiadań znajomych czy rodziny wiem, że nie było to przesadnie trudne), zapisać się w kolejce i czekać. Długo czekać. W wielu przypadkach miejsce na liście zależało od znajomości, układów czy powiązań partyjnych. Można było też kupić lokal na rynku wtórnym. Oferty kierowane do „powracających z zagranicy” opiewały jednak na horrendalne kwoty. Przeciętny Polak na metr takiego mieszkania musiał pracować 100, a nawet więcej lat.

Ci, którym po kilkunastu latach udało się wreszcie załapać na własne cztery kąty – choć jeszcze tego nie wiedzieli – wygrali de facto los na loterii. Trudy komunizmu zrekompensowało im własne mieszkanie, którego wartość po zmianie ustroju szybko poszybowała w górę. Dziś w zależności od lokalizacji i powierzchni kosztują od 2 do nawet 8 tys. złotych za metr. Ostrożnie operując danymi GUS można ustalić, że spuścizna po komunie warta jest nawet 3 bln złotych (niemal 2-letnie PKB Polski). Nasi dziadkowie i rodzice zamiast więc spłacać niemal dożywotnie kredyty, mieszkania po prostu mają.

Tu pojawia się ciekawostka, o której wspominałem już przy okazji artykułu „Gruby portfel Polaka”. Przeciętne polskie gospodarstwo domowe na koniec 2014 roku dysponowało majątkiem przekraczającym 250 tys. złotych. Jego główny składnik stanowiło właśnie mieszkanie. Podgrupa Polaków bez mieszkania na własność, nie miała prawie nic. NBP wyliczył, że było to zaledwie 5 – 10 tys. złotych. Co ciekawe w statystykach wyprzedziliśmy dużo bogatszych Niemców. Tamtejsi obywatele nie dostali bowiem „prezentu” w postaci własnych mieszkań nie dostali. Muszą je albo wynajmować, albo kupić na kredyt. Tak jak współczesne pokolenie Polaków.

About admin

2 thoughts on “Spuścizna po PRL-u

  1. „Nigdy później nie budowano już tak dużo mieszkań. Dziś na rynek trafia średnio ok. 140 tys. lokali rocznie. Za najlepszych lat PRL-u ponad 2 razy tyle.”

    Nie budowano liczbowo. Patrząc bardziej realistycznie tj. pod względem łącznej powierzchni mieszkań oddawanych do użytku rekord budownictwa padł w 2003 r.

    Powierzchnia mieszkań oddanych do użytku w kilometrach kwadratowych:

    1970 … 10,6 … 2000 ….. 7,9
    1971 … 10,6 … 2001 ….. 9,1
    1972 … 11,3 … 2002 ….. 9,7
    1973 … 12,7 … 2003 … 18,8
    1974 … 14,0 … 2004 … 11,6
    1975 … 14,2 … 2005 … 12,0
    1976 … 15,4 … 2006 … 11,7
    1977 … 16,3 … 2007 … 14,1
    1978 … 17,6 … 2008 … 17,2
    1979 … 17,7 … 2009 … 15,9
    1980 … 13,9 … 2010 … 14,4
    …….. +154,3 ……….. +142,4

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.