bitcoin-2008262_1280

Czy warto zainwestować w kopalnię Bitcoinów?

Zakładanie dziś kopalni Bitcoin to duże ryzyko. Nawet jeśli wartość cyfrowej waluty nadal będziepiąć się w górę, inwestycja i tak może się nam nigdy nie zwrócić.

Prawdopodobieństwo, że za pomocą zwykłego laptopa uda się nam samodzielnie „wykopać” chociażby jednego bitcoina wynosi jak jeden do kilku miliardów. Innymi słowy – prędzej sto razy trafimy szóstkę w totka niż znajdziemy jedną jednostkę BTC. Aby wejść w ten „górniczy” biznes potrzeba o wiele mocniejszego sprzętu – tzw. koparki (tak żargonowo określa się specjalizowane układy scalone AISC). Zaletą takiego urządzenia jest to, że w poszukiwaniu kolejnych bloków cyfrowej waluty potrafi pracować kilka tysięcy razy szybciej niż nawet najbardziej wydajny komputerowy procesor.

Ale są i wady, z których podstawowa to bardzo wysoka cena. Jedno z najmocniejszych tego typu urządzeń dostępnych obecnie na rynku – Antiminer S9 kosztuje ok. 16 tys. zł. To w zasadzie tylko niewiele mniej niż standardowa koparka służąca np. do kopania przydrożnych rowów. Drugim problemem jest ogromne zużycie prądu, które w porównaniu do standardowego procesora jest ok. 20 razy wyższe. Ale nawet kupno i zaprzęgniecie do pracy takiego cyfrowego potwora nie gwarantuje, że uda się nam wydobyć choćby jednego Bitcoina.

Załóż własną kopalnię albo dołącz do istniejącej

Aby móc liczyć na jakikolwiek urobek mamy zasadniczo dwa wyjścia. Pierwsze to wydanie przynajmniej kilkuset tysięcy złotych i zbudowanie całej farmy koparek. Połączona moc obliczeniowa kilkudziesięciu tego typu urządzeń daje już całkiem realne szanse, że od czasu do czasu uda się nam się coś „wydobyć”. Skutkiem ubocznym tej opcji będą natomiast: subtropikalny klimat panujący w naszym domu (o ile nie ulokujemy naszej farmy poza nim), a także horrendalne rachunki za prąd, które przy pięćdziesięciu pracujących Antiminerach S9 wyniosą ok. 30 tys. zł miesięcznie (jedno takie urządzenie zużywa tyle prądu co siedemdziesiąt energooszczędnych żarówek).

Jest też i druga, znacznie popularniejsza opcja – dołączenie do tzw. górniczego basenu (ang. mining pool) i połączenie swoich sił z innymi poszukiwaczami „cyfrowego złota”. Według stanu na lipiec 2017 osiem największych na świecie tego typu zrzeszeń funkcjonowało w Chinach i należało do nich ponad 80% całego globalnego „wydobycia” bitcoinów. Kolejne dwa największe „baseny” zlokalizowane były na Islandii oraz w Czechach.

A co daje członkostwo w takiej grupie „kopaczy”? Podstawowym plusem jest znacznie większe prawdopodobieństwo, tego, że poszukiwania kryptowalut zakończą się sukcesem. Jeśli tak się stanie, zysk ze znalezionego Bitcoina dzielony jest pomiędzy poszczególnych górników (podział może odbywać się proporcjonalnie do wniesionej mocy obliczeniowej lub jeszcze w innych sposób).

Czy kopanie Bitcoinów się opłaca?

I tu wreszcie dochodzimy do meritum. Czy inwestycja we własną „kopalnię” bitcoinów lub dołączenie do istniejącego już cechu „górników” ma ekonomiczny sens? Wszak w ciągu ostatnich 12 miesięcy cena jednej jednostki BTC wzrosła z niespełna 1 tys. do ponad 14 tys. dolarów, co wiele osób uczyniło bardzo bogatymi ludźmi.

Cena 1 jednostki BTC w latach 2017 – 2018 (w dolarach)

cena btc

Źródło: Blockchain.info

Mimo tego imponującego wzrostu moja odpowiedź może być tylko jedna – przy obecnych trendach na rynku kryptowalut szukanie Bitcoinów to biznes skazany na porażkę. Dlaczego? Wszystko przez „architekturę” tego rynku i panujące na nim ograniczenia. Jedno z podstawowych założeń polega bowiem na tym, że niezależnie od liczby poszukiwaczy oraz ilości mocy zaangażowanej w poszukiwania, liczba Bitcoinów, które można w danym momencie znaleźć jest zawsze stała. Aktualnie co 10 minut da się „wydobyć” dokładnie 12,5 BTC. Po tym jak ta ilość zostanie wydobyta (urobek trafia zawsze tylko w ręce jednego „górnika”), kopanie na kolejne 10 minut przenosi się w inne miejsce (konkretnie do innego „bloku”), z którego również da się wydobyć tylko 12,5 jednostek Bitcoinów.

Widzicie już czym to grozi? Im więcej szukających tym prawdopodobieństwo, że to akurat nam uda się wydobyć to „cyfrowe złoto” staje się mniejsze. Trzeba tu jednak przyznać, że to i tak bardziej sprawiedliwe niż szukanie prawdziwego złota. Tam dochodził jeszcze czynnik losowy – jeśli mieliśmy szczęście to na naszej parceli kruszec można było znaleźć niemal od ręki. Ale kto owego nie miał i teren nie był złotonośny, ten nawet choćby zaangażował w poszukiwania najbardziej zaawansowany sprzęt i tak zostałby z niczym. W przypadku Bitcoinów prawdopodobieństwo sukcesu rozkłada się z grubsza w sposób linowy. Oznacza to, że jeśli wkład naszej mocy obliczeniowej będzie wynosił np. 10% całkowitej mocy przeznaczonej na poszukiwania danej kryptowaluty, to właśnie taka będzie szansa, że to właśnie nam uda się ją znaleźć.

Trudność wydobycia Bitcoinów w latach 2017 – 2018

trudność

Źródło: Blockchain.info

I tu pojawia się najpoważniejszy problem. Mocno rosnące notowania Bitcoina – dokładnie jak podczas XIX wiecznej gorączki złota w Kalifornii – przyciągnęły i nadal przyciągają gigantyczną masę śmiałków, chcących spróbować swoich sił w tym cyfrowym górnictwie. Jak wynika z danych serwisu Blockchain.info w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy moce zaangażowane w poszukiwanie Bitcoinów a tym samym trudność jego „wykopania” (tzw. difficulty factor) zwiększyły się przeszło 6-krotnie (w skali półtora roku obserwowany wzrost jest aż 12-krotny).

Osiem miesięcy przychodów, a potem…..

Jeśli, więc ktoś na gwiazdkę dostał nowiutkiego Antiminera S9 i za pomocą jednego z wielu dostępnych w sieci kalkulatorów obliczył sobie, że jego miesięczny urobek powinien wynieść ok. 1700 zł, a cały biznes zwrócić się w mniej niż 9 miesięcy, ten najprawdopodobniej po tym czasie mocno się rozczaruje. Przy takich kalkulacjach trzeba bowiem uwzględnić fakt, że obecnie trudność wykopania kolejnych Bitcoinów rośnie z miesiąca na miesiąc w 18-proc. tempie. A to oznacza, że przy aktualnych tendencjach praktycznie nie ma szans wyjść nam na plus. Żeby zyski i koszty się bilansowały,  cena najpopularniejszej światowej kryptowaluty w 24-miesięcznym horyzoncie czasowym powinna wzrosnąć do ok. 105 tys. dolarów.

Opłacalność „wydobycia” Bitcoinów z wykorzystaniem koparki Antiminer S9 

kopalnie

Przyjęte założenia: cena 1 BTC – 14 tys. USD, cena prądu – 0,55 zł za 1 kWH, 18-proc. – miesięczny wzrost trudności wydobycia kolejnych jednostek BTC

Na tym jednak nie koniec złych wiadomości dla cyfrowych górników. Już za 2,5 roku czeka nas kolejny tzw. halving, czyli spadek podaży Bitcoinów o połowę. O co w tym chodzi? Cały system skonstruowany jest tak, że raz na 4 lata liczba BTC, którą da radę znaleźć maleje dokładnie o 50%. Początkowo można było „wykopać” 50 jednostek waluty na 10 minut, później było to 25 jednostek, a obecnie jest ich tylko 12,5. Od połowy 2020 roku co 10 minut wydobyć będzie można już tylko 6,25 BTC. Tylko z tego jednego powodu średni urobek kopalń obniży się o 50 proc.

Podaż wzrośnie, to i cena pójdzie w górę?

Jak miałem okazję ostatnio poczytać, większość aktywnych na internetowych forach górników wcale nie boi się nadchodzącego halvingu. Ich zdaniem ograniczenie podaży Bitcoina o połowę sprawi, że jego cena powędruje w górę. Czy aby jednak na pewno jest to uzasadnione myślenie?

Zgodnie z hipotezą rynków efektywnych, każda powszechnie dostępna informacja o danej inwestycji jest natychmiast lub prawie natychmiast odzwierciedlana w jej cenie. A co to oznacza w kontekście Bitcoina? Zgodnie z założeniami przyjętymi przez jego twórców – maksymalna liczba jednostek BTC, jaką będzie można kiedykolwiek wydobyć wynosi 21 milionów (z czego ok. 75 proc. już jest „na powierzchni”). Tak więc inwestorzy już dawno zdążyli uwzględnić w jego cenie, to że podaż w 2020 roku spadnie o połowę, a na początku lat 30’ jego możliwe do wydobycia zasoby prawie zupełnie się wyczerpią. Nie jest więc prawdą, aby nadchodzący halving spowodował jakiekolwiek wzrosty cen Bitcoina.

Popularność Bitcoina

Drugi często podnoszony argument za inwestycją w kryptowaluty to ich rosnąca popularność. „Kiedy tylko ludzie dowiedzą się o Bitcoinie zobaczymy sześć cyfr w jego cenie” – napisał Mitch, na jednym z amerykańskich forów dla górników. Tymczasem twarde dane pokazują, że świat już dawno o nim usłyszał, a Ci którzy mieli w niego zainwestować już to zrobili lub aktualnie robią.

Tutaj znów posłużę się danymi z Blockchain.info. Wynika z nich, że na początku zeszłego roku średnia dzienna liczba transakcji Bitcoinami wynosiła ok. 270-280 tysięcy. Dziś jest to co prawda o 10-20 tys. operacji więcej, ale jeśli uwzględni się, że przez ostatnie 12 miesięcy liczba Bitcoinów w ogólnym obrocie wzrosła o prawie 0,7 mln wyjdzie, że aktywność inwestorów praktycznie się nie zmieniła.

Średnia dzienna liczba transakcji w przeliczeniu na 1 jednostkę BTC. 

średnia liczba transakcji na 1 blok

Źródło: Blockchain.info.

Mówiąc inaczej – mimo, że samych „górników” przybywa lawinowo, to zaangażowanie osób, które handlują Bitcoinem lub używają go w celach płatniczych jest dziś praktycznie takie samo, jak miało to miejsce w styczniu 2017 roku.

Nawiasem mówiąc – na rynku Bitcoinów już od dłuższego czasu jest naprawdę gorąco. Dane, które prezentuje Blockchain.info oznaczają, że codziennie właściciela zmienia prawie 2% wydobytych Bitcoinów. Dla porównania w przypadku Facebooka co sesję z ręki do ręki przechodzi średnio jedynie 0,5% wszystkich jego akcji znajdujących się w publicznym obiegu (a przecież Facebook, to w ostatnim czasie jedna z „najgorętszych” inwestycji na świecie).

Zwijać interes i sprzedawać sprzęt?

Na szczęście zarysowana przeze mnie wizja, w której stłoczeni „górnicy” przeczesują „kopalniane szyby” w poszukiwaniu ostatnich nieodkrytych Bitcoinów, wcale nie musi oznaczać ich natychmiastowego bankructwa. Cały system został bowiem przemyślany w taki sposób, aby jego członkowie oprócz samego wydobycia BTC mieli jeszcze jedną możliwość zarobku (tak po prawdzie, to całe to „kopanie” stanowi tylko uboczny efekt technologii blockchain, na której oparta jest bitcoinowa sieć).

Główna idea systemu kryptowaluty zakłada bowiem, że jest to „zdecentralizowany system płatniczy”, w którym potwierdzaniem legalności poszczególnych transakcji zajmują się sami jego członkowie. Jeśli komuś wydaje się to niejasne – już wyjaśniam.

W przypadku standardowego sytemu zatwierdzaniem poszczególnych operacji zajmuje się konkretna instytucja. Przykładowo – płacąc w sklepie za pomocą karty, znajdujące się tam środki zostają przekazane z naszego rachunku do rachunek sprzedawcy, a za przetworzenie transakcji i jej legalizację odpowiadają: operator karty (np. Visa lub MasterCard) oraz nasz bank.

Natomiast w przypadku kryptowalut każda zawarta transakcja musi zostać zatwierdzona przez innych „górników”, za co otrzymują stosowne wynagrodzenie. W praktyce takie potwierdzanie przypomina swoisty wyścig – nagrodę zgarnie bowiem tylko ten, kto jako pierwszy potwierdzi legalność danej transakcji (potwierdza się ją z użyciem tzw. klucza kryptograficznego, co przypomina trochę pracę nauczyciela, sprawdzającego czy jego uczeń dobrze rozwiązał zadanie z matematyki).

Przychody „górników” nie tylko z „kopania”

Już teraz jak podaje Blockchain.info dzienny przychód „górników” z tego tytułu sięga 6-8 mln dolarów, co stanowi ok. 20% ich całkowitych wpływów. Swoją drogą w przyszłości dochody z potwierdzania transakcji będą stanowiły ich jedyny przychód, bo tak jak pisałem – za kilkanaście lat Bitcoiny zalegające „pod ziemią” się skończą.

Przychody „górników” zajmujących się „wydobyciem” Bitcoinów (w tys. USD)

przychody

Opracowanie własne na podstawie Blockchain.info. Poszczególne słupki prezentują średnie wartości dla dwutygodniowych interwałów czasowych.

Żeby jednak „górnicy” mieli z czego żyć, sam Bitcoin powinien zmienić się z narzędzia spekulacji w powszechnie akceptowany środek płatniczy. Wówczas liczba zawieranych transakcji gwałtownie wzrośnie, przynosząc im odpowiednie przychody (zupełnie niczym Visa czy MasterCard, które przecież nie „kopią” dolarów ani euro, a żyją wyłącznie z prowizji od transakcji zrealizowanych z użyciem ich kart).

Na chwilę obecną ciężko mi jest jednak stwierdzić czy aby na pewno tak się stanie. Jak na razie – o czym już wspomniałem – liczba transakcji od kilkunastu miesięcy pozostaje stała. Do tego sam Bitcoin w pewnych kręgach nie cieszy się zbyt dużą sympatią. Co rusz słychać, jak banki wypowiadają umowy klientom, których podejrzewają o handel nim, a z mównicy Sejmu czy Kongresu od czasu do czasu da się usłyszeć, że Bitcoin powinien zostać opodatkowany lub wręcz zdelegalizowany, gdyż służy praniu brudnych pieniędzy i wykonywaniu nielegalnych operacji.

Podsumowując – mimo, że sam jestem wielkim zwolennikiem Bitcoina a także innych cyfrowych walut, to jednak zaangażowanie się w jego wydobycie czy chociażby handel BTC uważam aktualnie za zbyt duże ryzyko.

Powyższy artykuł nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej lub czynności doradztwa inwestycyjnego w rozumieniu (art.42 ust. 1 i art.76) Ustawy z dnia 29 lipca 2005r. o doradztwie inwestycyjnym (Dz.U. 2005 nr 183 poz. 1538 z późn.zm.).

About admin

3 thoughts on “Czy warto zainwestować w kopalnię Bitcoinów?

  1. Ja również co raz bardziej zaczynam interesować się krypto walutami, to o ile chętnie zainwestowałbym pieniądze w jakąś krypto walutę, to raczej w sprzęt pieniędzy bym nie inwestował. Trochę poczytałem na ten temat w necie, i jeśli chcemy liczyć na jakiś solidny zysk to musielibyśmy zainwestować dosyć dużo pieniędzy w na prawdę mocny sprzęt, który wymaga sporego wkładu gotówki w a jego utrzymanie również będzie generowało spore koszty.

    1. Te ostatnie spadki to podobno przez Chińczków i Koreańczyków z Południa, którzy mocno zwalczają „bitcoinowców”. Ale paradoksalnie niższa cena może wyjść kopalniom na dobre. Możliwe, że z tego powodu będzie mniej chętnych do wydobycia, a przez to tym już kopiącym uda się „znaleźć” więcej Bitcoinów. Koniec końców wolę mieć 2 jednostki czegoś co kosztuje 9 czy 10 tys. USD niż jedną, kosztującą 14 tys. USD.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.